Jak już pisałem , przed wczoraj pierwszy raz wyjechałem swoim Owadem robiąc pierwsze bezawaryjne 14 km po okolicy.
Korzystając z chłodnych poranków ( docieranie ) postanowiłem następnego dnia podjechać sobie Osą do pracy.
Jak pomyślałem tak zrobiłem.
Nomen omen do pracy równiez mam 14 km . Droga przebiegała bez zakłóceń do momentu kiedy podjechałem pod bramę firmy w której pracuję.
Nagle silnik zaczął nierówno pracować , zaczęły wypadać zapłony.Wyjmuję kluczyk aby zgasić silnik , silnik nie gaśnie, więc "duszę" go biegiem.Myślę sobie "...jeszcze stacyjka się zdupc.ła" .
Moto odstawiłem na parking.
Po pracy, podejrzewając świecę, wziąłem się za jej wymianę.
Świeca nowa a moto dalej przerywa.Pali z kopa , nie gaśnie ale przerywa i na obroty nie wchodzi.
Próba gaszenia kluczykiem - nie gaśnie .
Odpaliłem silnik , rzut oka na styki przerywacza - iskrzą jak ch.lera.
Kolejna próba gaszenia kluczykiem - nie gaśnie .
Wymiana kondesnatora, który mam zamocowany na ramie przy złączu elektrycznym
Dalej iskrzy i przerywa.....
Głębsze spojrzenie na iskrownik przez koło wentylatora i okazuje się moim oczom przetarty przez obracające się magneto niebieski kabel od przerywacza , który jednocześnie łaczy styki z kondensatorem i ze stacyjka.
Problem zdiagnozowany.
Kompletu kluczy , ściągacza do magneta , lutownicy i izolacji oraz parę innych pierdół akutrat ze sobą nie miałem

więc Osa ląduje na firmowym busie i do domu wraca na skrzyni ładunkowej.
Tak oto po raz pierwszy mój owad pokazał mi ...Żądło

Powiem wam , że jak człowiek te ładnych parę lat "kulał się " na Japonii to mógł zapomniec co to awaria w trasie .....
Niestety Osa brutalnie wyrwała mnie wczoraj z tej sielanki
